Kolonialna filantropia? Wywiad dla portalu „Wirtualna Polska”

Processed with MOLDIV
Teorie postkolonialne objaśniają świat, w którym żyjemy, sprawniej niż robią to podręczniki historii. Zanim zdefiniujemy, o co chodzi, powiedzmy może czytelnikowi, dlaczego w ogóle warto pochylić się nad tym zagadnieniem. W jaki sposób to, że istniały kolonie, dotyczy dziś przeciętnego Polaka?

Jeśli na globusie podzielilibyśmy świat na państwa zamożne i biedne, to ta mapa będzie się niemal całkowicie pokrywała z mapą krajów kolonizujących i kolonialnie eksploatowanych. Nie muszę chyba dodawać, że kraje eksploatowane są dziś jednymi z najbiedniejszych. Spójrzmy prawdzie w oczy – Europa i Ameryka Północna swoje dzisiejsze bogactwo zbudowały na niczym innym jak na wyzysku ludzi zamieszkujących podbite tereny. Mogliśmy nie mieć własnej kolonii, ale jesteśmy w ten system uwikłany. Nasz dzisiejszy dobrobyt wynika pośrednio z dzisiejszej biedy innych.

Dla porządku – zdefiniujmy postkolonializm. O co chodzi?

 

Żeby móc rozmawiać o postkolonializmie, musimy zacząć od doprecyzowania, czym był kolonializm. To trwający przez lata proces podbijania terenów na całym świecie, najczęściej przez Europejczyków. Kolonizowanie to tak naprawdę zgrabne określenie na eksploatację – zasobów naturalnych, ale często także mieszkańców. Często zmuszanych do niewolniczej pracy albo, jak miało to miejsce w przypadku Stanów Zjednoczonych kolonizujących Afrykę, wywożonych ze swoich domów.

Postkolonializm opisuje natomiast skutki kolonizacji. Na wielu płaszczyznach. Za główne jej efekty uznaje się zniszczenie kultur, religii, tradycji czy systemów sądowniczych na terenach, do których przybywaliśmy. Często to były bardzo sprawnie funkcjonujące społeczności o złożonej organizacji, nie żadni tam „dzicy”. Zastane tereny ogołociliśmy z dóbr naturalnych, wiele bezpowrotnie zniszczyliśmy.

Widocznym do dziś skutkiem kolonizacji jest wreszcie trwałe uzależnienie tych obszarów od Europy i Stanów Zjednoczonych. Kolonializm nie kończy się bynajmniej z „przyznaniem” Indiom i Pakistanowi niepodległości przez Wielką Brytanię ani też odłączeniem się Algierii od Francji.

To kiedy?

 

Trwa do dziś, oczywiście w nieco innej formie. Oficjalnie nie ma już przecież niewolnictwa, ale czym innym, jak nie niewolnictwem, są stawki szwaczek w Bangladeszu, które pozwalają przeważnie tylko na to, żeby rodzina nie umarła z głodu. To nowa forma kolonializmu. Tutaj kolonizatorem nie jest konkretny kraj, ale kapitalizm. Mechanizm jest ten sam, co sto pięćdziesiąt lat temu. My mamy mieć dobrze i tanio, kosztem nieludzkiego wyzysku ludzi, którym nie musimy patrzeć w twarze. Najwygodniej w ogóle o nich nie myśleć. Koszulki szyją się same, a do tego są „dobre, bo tanie”. Praca jest bogactwem, my to bogactwo zabieramy za bezcen, jak niegdyś złoto Indianom.

Jaki jest związek kapitalizmu z kolonializmem?

 

Rozwój kapitalizmu nie byłby możliwy, gdyby nie eksploatacja terenów kolonizowanych, a potem ich uzależnienia od metropolii, które stały się dostarczycielami dóbr. Mówiąc „dostarczycielami” mam na myśli po prostu „sprzedawcami”. Nasze bogactwo jest konsekwencją ubóstwa tamtych terenów. Możemy się zapierać nogami i rękami, mówić, że „to nie my, to Francja i Anglia”, ale gdybyśmy tylko mieli wystarczające środki, kiedy zaczynał się wyścig kolonialny, zrobilibyśmy to samo. Do tego Europa, oczywiście z drobnymi obostrzeniami, jest systemem naczyń połączonych, więc z bogacenia się kontynentu korzystają wszyscy.

W dyskusjach wokół etycznej mody często pojawia się argument z rodzaju „lepiej, żeby ci ludzie mieli pracę w szwalniach niż żeby nie mieli jej wcale”

To bardzo płytka interpretacja. Odwróćmy sytuację. Gdyby, dajmy na to, Amerykanie zbudowali fabrykę w regionie Polski, w którym panuje wysokie bezrobocie i zaproponowali głodowe stawki, podniosłoby się larum. Że nas nie szanują, że to niewolnictwo i że „tak nie można”. Nikt nie byłby wdzięczny za stworzenie miejsc pracy. Argument o ich zapewnianiu mieszkańcom biedniejszych państw, ma od nas oddalić wyrzuty sumienia. Europa i Stany uzależniły od siebie biedniejsze kraje, które przestały być samowystarczalne. To wielkie kłamstwo, że „gdyby nie my” nic by tam nie było. Wręcz przeciwnie. Mieszkańcom krajów z samowystarczalną gospodarką powodzi się przeważnie znacznie lepiej.

Dlaczego Polacy nie dostrzegają niczego niestosownego w zrobieniu sobie zdjęcia z czarnoskórym dzieckiem nieomal w formie rekwizytu? Ludzie jeżdżą do Kenii i wracają ze zdjęciami. Na jednym oni i żyrafa, na drugim oni i mały Kenijczyk.

 

Mamy bardzo małą, żeby nie powiedzieć – zerową – świadomość globalną. Oczywiście wynika to też z tego, że nigdy krajem kolonialnym nie byliśmy, poza krótką chwilą w 20-leciu międzywojennym. Co za tym idzie, te tematy nie zostały przez nas jako społeczeństwo przerobione, jak np. przez Wielką Brytanię. Na Wyspach postkolonializm jest terminem powszechnie kojarzonym, jak u nas w ostatnich latach feminizm. Nie zastanawiamy się specjalnie nad tym, skąd wzięło się bogactwo Europy i Stanów Zjednoczonych i dlaczego Afryka jest biedna.

Mieszkańcy najbogatszych krajów, którzy decydują się spędzić urlop na wolontariacie w egzotycznych lokalizacjach i, nie daj Boże, wrzucą do sieci jakieś zdjęcie, często znajdują się w ogniu krytyki. Zyskali nawet miano „wolunturystów”. Padają argumenty o stawianiu się w pozycji „białych panów”, mówi się też o tzw. pozytywnym rasizmie. Powinniśmy w ogóle krytykować osoby, które – niezależnie od motywacji – pomocą się zajmują?

Naczelna zasada mądrego pomagania najbiedniejszym krajom świata jest bardzo prosta – pomoc powinna doprowadzić do sytuacji, w której osoba nie będzie jej potrzebowała. Można powiedzieć, że karmiąc biednych karmimy nie tylko człowieka, ale też samą biedę. To zresztą głęboki i złożony problem, na rozmowę z innym ekspertem. Co się zaś tyczy krytyki osób uprzywilejowanych, to krytyce podlega nie pomoc, ale całkowity brak świadomości uwarunkowań historycznych, które stawiają białą, zamożną osobę w określonym kontekście.

Majętny Europejczyk, powinien mieć świadomość, że nie jest żadnym wybawcą uciśnionych, ale raczej spłaca dług zaciągnięty lata temu w najbiedniejszych krajach świata. Że jest beneficjentem uwarunkowań, które doprowadziły osoby, którym pomaga do skrajnej biedy. Współodpowiedzialnym, żeby nie napisać – współwinnym. Do tego, kiedy pomaganie staje się PR-owym fetyszem, ludzie, którym pomagamy zamieniają się w marionetki. Dochodzi do sytuacji, w biała, zamożna, uprzywilejowana osoba znowu wysługuje się mieszkańcami najuboższych krajów, żeby budować własne dobre imię. Pomaganie może być jednocześnie dobre i niemoralne.

 

A co z innym, mam wrażenie popularnym, poglądem ludzi Zachodu na kolonizację Afryki? Tym wszystkim argumentom o rzekomym „niesieniu cywilizacji”, „kaganka oświaty”, „prawdziwej wiary”?

 

Opowiem na przykładzie. Jest taki pisarz nigeryjski, Chinua Achebe. W tłumaczonej na polski powieści „Świat się rozpada” opowiada o kolonizacji z perspektywy społeczeństwa podbijanego. Taki punkt widzenia w Europie jest w ogóle nieznany. To nie tak, że narody Afryki są nam wdzięczne, bywa, że doskonale zdają sobie sprawę, że zniszczyliśmy ich kulturę. Pierwsza część książki Achebego fabułę ma, w olbrzymim uproszczeniu, następującą: żyliśmy spokojnie, mieliśmy własne zasady, sposób wyłaniania przywódców, wiedzieliśmy jak uprawiać naszą ziemię i przez setki lat ten system dobrze funkcjonował. Przybyli ludzie, którzy zaczęli nas przekonywać, że żyliśmy w kłamstwie i nie znamy Boga. Kolonizacje bowiem niemal zawsze zaczynały się od misjonarzy. Potem krytykowano nie tylko naszą wiarę, ale i nasze obyczaje, tradycje, a obcych było coraz więcej. Zaczęli znikać najsilniejsi mężczyźni z wiosek, nikt nie wiedział, co się z nimi stało.

Jak w tytule – ich świat się rozpadł na kawałki. Brytyjska dziennikarka zbulwersowana tą perspektywą, na którą natknęła się zapewne pierwszy raz w życiu, napisała, że skoro Chinua Achebe tak bardzo tęskni za dawnymi czasami, to niech nie używa internetu i bieżącej wody, tylko niech zamieszka w lepiance. To nie jest odosobniona perspektywa. Owszem, uczyliśmy podbijane narody, ale tylko i wyłącznie tyle, ile potrzebowaliśmy, żeby lepiej je eksploatować.

Europejczycy nie ruszyli na podbój świata, żeby kogoś czegoś uczyć, ale żeby się bogacić. Zabijając, gwałcąc i rabując. Daliśmy tym ludziom nie oświatę, ale śmierć i zniszczenia. Afryka po kolonizacji do dziś nie może się podnieść, mimo co raz to nowych programów. I nie dzieje się tak dlatego, że ludzie tam są jacyś inni niż w Europie. Mniej obrotni czy bardziej leniwi, jak chcielibyśmy myśleć. Takimi argumentami zawsze broni się uciskający, żeby nie spojrzeć na uciskanego jako na kogoś, komu jest coś winien. Podobne argumenty padały jeszcze nie tak dawno temu pod adresem kobiet – że są za głupie i zbyt emocjonalne, żeby otworzyć dla nich bramy uniwersytetów.