Polish dream?

Szok proszę Szanownych i niedowierzanie: dział gospodarczy Wyborczej (czyt. Gadomskiego, który nie zmienił poglądów ekonomicznych od co najmniej czterdziestu lat) odkrył, że polskie „wyspy bogactwa” się zmniejszają (ale są coraz bogatsze), a obszary biedy – zwiększają.

To się nazywa rozwarstwienie społeczne i to się mierzy tzw. współczynnikiem Giniego (ale tego się z artykułu nie dowiecie).

Upraszczając: dla państwa lub obszaru, gdzie 1 osoba ma cały dochód współczynnik ten wynosi 1, a w przypadku, gdyby wszyscy zarabiali dokładnie tyle samo, wynosiłby 0. Zatem im wyższy wskaźnik, tym większe rozwarstwienie.

W procesie neokolonialnej globalizacji (lub jak inni wolą globalizmu), którego szczytowym momentem były lata 90 ubiegłego wieku i dominacja szkoły neoliberalnej w ekonomii politycznej i polityce gospodarczej, zjawisko to dotyczy całego świata. Zgodnie z systemem opisanym przez Wallersteina rozwarstwienie polega na tworzeniu się niewyobrażalnie bogatego i wciąż bogacącego się centrum i eksploatowanych przez to centrum (zasoby pracy albo zasoby naturalne) peryferii. Niektóre obszary mają przejściowy status półperyferyjny i albo wchodzą do centrum, albo zsuwają się na pozycje peryferyjne.

Tak opisywane rozwarstwienie społeczne na poziomie globalnym oczywiście zachodzi także na poziomie danego kraju, a także regionu czy miasta. Dzieje się tak z powodu akumulacji (gromadzenia) kapitału (zasobów) przez stosunkowo niewielkie organizacje na stosunkowo niewielkim obszarze.

Neoliberalna ekonomia zakładała, że bogacące się centrum (tworzone głównie

przez wielkie korporacje) będzie dzielić się swoim bogactwem (np. płacąc podatki, finansując lub współfinansując projekty inwestycyjne czy prorozwojowe albo po prostu dając miejsca pracy).

Ale okazuje się, zgodnie z przewidywaniami Marksa, że owe korporacje, które są po prostu organizacjami służącymi do dostarczania bogactwa swoim udziałowcom, zainteresowane są przede wszystkim akumulacją kapitału. Zysk jest przeznaczany na dalsze, niezbędne inwestycje oraz na dywidendy dla udziałowców i oszołamiające wynagrodzenia dla kadry kierowniczej najwyższego stopnia.

A płaca traktowana jest nie jako udział pracownika w zysku, ale jako koszt uzyskania przychodu. A koszt jak to koszt: dla organizacji służącej do zarabiania pieniędzy musi być jak najmniejszy. Znowu upraszczając: płace są możliwie najniższe i tylko związkom zawodowym zawdzięczamy, że płace i warunki pracy zmieniły się od powstania kapitalizmu. Z tego powodu biznes prywatny zwalcza związki zawodowe bezwzględnie.

W artykule pada teza, że za to terytorialne rozwarstwienie odpowiadają… samorządy. „Bo trzeba tworzyć warunki do inwestycji, upraszczać procedury…” i neoliberalne bla bla. O „szantażu inwestycyjnym” świetnie pisał Urlich Beck. Natomiast w Polsce bogacą się tylko te miejsca, które mogą zaoferować jedyny nasz konkurencyjny (płace!) zasob: pracę. Czyli duże miasta i ich okolice (tzw. obszary metropolitalne). Warszawa, długo długo nic, potem wiadomo: Wrocław, Katowice i aglomeracja śląska, Poznań, Trójmiasto, Łódź, Kraków i dziękuję.

Bieda „ściany wschodniej” to efekt „zasysania” pracowników i ich rodzin przez Warszawę. A tu czekają już kiepsko płatne posady w korporacji i kredyty na absurdalnie drogie mieszkania. Polish dream.

I najsmutniejsze jest to, że w kampanii samorządowej nie usłyszałem niemal żadnego sensownego scenariusza dla rozwiązania tego problemu. Nie dlatego, że nie ma w Polsce polityków i polityczek, którzy_re zdają sobie sprawę o niebo lepiej, niż ja, z tego procesu i mieliby rozwiązania (w Warszawie np. Andrzej Rozenek czy reprezentujący lewicową koalicję Razem-Zieloni-Inicjatywa Polska Jan Śpiewak). Ale w tym jazgocie POPiSowym nie ma mowy na wdarcie się jakiejkolwiek racjonalnej narracji. No chyba, że się ma posturę i tubalny głos Adrian Zandberga albo dwa metry wzrostu jak Andrzej Rozenek.