Korpouniwersytet. Jak to odkręcić?

Spada liczba pracowników naukowo-dydaktycznych? A dlaczego mnie to nie dziwi? Trzeba być bardzo zmotywowanym, żeby pracować warunkach opresyjno-korporacyjno-feudalnych i otrzymywać wynagrodzenie urzędnika „niskiego poziomu średniego”.

Po ustawie Gowina ścieżka awansu naukowego została utrudniona do maksimum. Statuty u regulaminy szkół doktorskich przyprawiają o ból głowy nie tylko doktorantów i doktorantki. Zatrudnienie („konkursowe”) młodego doktora czy doktorki jest niemal niemożliwe, zamiast znieść habilitację maksymalnie utrudniono jej uzyskanie (a warunkuje ona awans na stanowisko profesora uczelni), coś za do tytułu profesorskiego (czysto feudalnego wymysłu „książąt-władców dyscypliny”) aspirować mogą właściwie jedynie osoby z „kręgów towarzyskich” obecnych profesorów.

Do tego rektorzy z Gowinem radośnie ogłosili, że zaczynamy się ścigać z najlepszymi uczelniami bez jakiegokolwiek znaczącego wzrostu wydatków na naukę. Już nie mam siły o tym pisać. Polecam tylko sprawdzić jakie budżety mają uczelnie chociażby z końca drugiej setki listy szanghajskiej. Ja się o działający internet w komputerach w salach wykładowych nie mogę doprosić, w swoim „gabinecie” mam pełen „oldskul” autentycznych mebli z lat 60. Powstaje pięćdziesiąt nowych, rewolucyjnych systemów komputerowych do sprawozdawania, a nie ma jednego, dobrego systemu do e-learningu (lepszy widziałem na uczelni prywatnej na początku lat dwutysięcznych). Dajcie spokój.

O dydaktyce przyjaznej dla osób studiujących, o relacji mistrz_yni-uczeń_nica na jakimkolwiek etapie, o planowaniu własnych badań w perspektywie dłuższej niż czas wyznaczony przez granty w ogóle zapomnijmy.

Należy w obecnym systemie (z punktu widzenia humanistyki):

  • uczyć tylko tego, co ministerstwo uzna za niezbędne w swoich minimach programowych (idea np. amerykańskiego uniwersytetu, gdzie nie studiuje się dyscyplin, ale problemy, do nich dobierając zajęcia i odnosząc się do dyscyplin tylko na poziomie pisania prac magisterskich poszła do kosza, bo „książęta dyscyplin” straciliby swe udzielne księstwa;
  • zdobywać dużo krótkoterminowych grantów (pracownik NAUKOWY jest obecnie rozliczany z ilości kasy, którą przyniesie swej uczelni z grantu, granty są ocenia najczęściej przez recenzentów nie mających pojęcia o tematyce grantu, zaś przygotowanie grantu w humanistyce zabiera tyle czasu, co napisanie trzech dobrych artykułów lub połowy książki);
  • publikować dużo arytkułów i książek (grube książki się nie opłacają nikomu), wszystko jedno o czym gdzie (wiele anglojęzycznych czy frankofońskich czasopism chętnie przyjmuje teksty z Europy Wschodniej, ponieważ do uzyskania statusu czasopisma z listy wysokopunktowanej potrzebne jest drukowanie autorów „zagranicznych”), najlepiej po angielsku.

Tak oto powstała korporacja, którzy tylko wąskiej grupie „książąt-profesorów”, ale nie służy ani nauce, ani dydaktyce.

Tylko lewica po dojściu do władzy może przeprowadzić reformę (tak, kolejną, jeśli nie chcemy mieć za 10 lat zapaści nauki), która:

Proszę. Moje „10 przykazań” wynikających z 21 lat pracy w zawodzie dydaktyka/naukowca.
Czysta utopia, prawda? A jednak to działa!

  • zniesie jakiekolwiek opłaty za studia na uczelniach publicznych; umożliwi uczelniom prywatnym uzyskanie refinansowania kosztów kształcenia szczególnie tam, gdzie brak jest uczelni publicznych;
  • zdemokratyzuje model zarządzania uniwersytetem;
  • wprowadzi metody zarządzania związane z modelem instytucji wiedzy;
  • zniesie coraz bardziej anachroniczny podział na ścisłe dyscypliny na rzecz polityki interdyscyplinarności w nauce i w dydaktyce;
  • zniesie „księstwa udzielne” profesorów, likwidując tytuł profesorski, znosząc habilitację, urealniając konkursy na stanowiska adiunkta_y i profesora_ki, warunkując je jedynie posiadaniem stopnia doktora i dorobkiem (a nie formalnymi „stopniami wtajemniczenia”);
  • otworzy możliwość tworzenia na uniwersytecie lub niezależnie kolegiów dydaktycznych, opartych na tematyce powiązanych z dydaktyką badań i zatrudniania na nich obok naukowców i naukowczyń wybitnych dydaktyków_czek z tytułem magistra lub doktora, wyspecjalizowanych w dydaktyce szkół wyższych;
  • zwiększy nakłady na naukę i dydaktykę (!!!) I jednocześnie powiąże ich dystrybuowanie z realnymi wymaganiami procesu dydaktycznego i specyfiką badań naukowych w różnych dziedzinach wiedzy;
  • zadba o wysoką jakość dydaktyki w kolegiach lokalnych (kolegium rozumiane jako uczelnia udzielająca zawodowego tytułu licencjata), w których pracownicy i pracownice mogą ubiegać się o fundusze na badania naukowe, co wymaga reforma i „deproferyzacja” obecnych państwowych zawodowych szkół wyższych (odtwarzanie „struktury akademickiej” w kolegiach zawodowych to głęboki absurd);
  • urealni możliwość włączania do kolegium zawodowego liceów lub techników, umożliwiając dzięki wzajemnej współpracy dydaktyków i dydaktycznek obu szczebli rozwój kompetencji zgodnie z predyspozycjami i zainteresowaniami ucznia_nnicy i studentki_a);
  • powiąże kierunki dydaktyki i badań naukowych nie tylko z „wymaganiami gospodarki”, ale także z rozwojem kulturowym i społecznym otoczenia uczelni.

Proszę. Moje „Dziesięć przykazań”. Może warto zacząć dyskusję?