Wątpliwości w czasach pisowskiej smuty

Kiedy napiszę w mediach społecznościowych „rozsądnego”, „profesorskiego” posta, przechodzi on bez większego echa. Dziesięć osób przeczyta, trzy polubią, jedna skomentuje.

Kiedy się po ludzku wścieknę, odzew jest liczny i natychmiastowy. I to nie tylko po stronie ofiar mojej krwiożerczej i obraźliwej wściekłości. Polubień i komentarzy wspierających jest gazylion razy więcej, niż w przypadku profesorskim.

Komu zatem w erze mediów społecznościowych potrzebni są jeszcze „profesorki” i „profesorowie”? Kto czyta „wyważone” posty, że o książkach naukowych nie wspomnę? Że w ogóle o książkach nie wspomnę? To jest czas internetowych trybunów i trybunek, skandalistek_ów, populistek_ów.

Jak jest rola naukowczyni czy naukowca w świecie nasączonych (negatywnymi) emocjami mediów społecznościowych? Osoby zajmującej się nie fizyką kwantową, ale humanistyką, próbą zrozumienia tego, co się dzieje z ludźmi, ze społeczeństwami.

Ostatni (marny) przykład wpływu naukowego na bieg zdarzeń to Giddens i jego idea „trzeciej drogi”. A teraz mamy w Polsce Zybertowicza, Glińskiego… szkoda wymieniać. Kiedyś naprawdę naukowców, teraz…

Co to znaczy „być socjologiem” w kraju, w którym znamienici socjologowie stają się urzędnikami autorytarnego państwa? Zniszczenie praworządności, ograniczenie demokracji do aktu wyborczego, państwowa mowa nienawiści wtłoczona do jego aparatów ideologicznych, postępujące ograniczanie praw człowieka, jednym słowem: budowa PRL-bis w jego najmroczniejszym, gomułkowsko-moczarowskim wydaniu. Nie licząc okresu stalinizmu, ale wszystko przed nami. I cała plejada świetnych (serio!) naukowców i naukowczyń umoczonych w tym procederze po kokardę.

Jaka jest rola profesora w takich czasach? Zostać posłem, jak Maciej Gdula i zapewne przeżyć wstrząs oglądania polskiej polityki od środka? Wyobraźcie sobie te merytoryczne posiedzenia komisji…

Czy może spokojnie robić to, za co państwo płaci: zbierać punkty? Czy wiecie, że na Uniwersytecie Warszawskim zupełnie serio pojawił się pomysł, by każda osoba pracująca naukowo była w USOS oznaczona (!) kolorem odpowiadającym jej „poziomu publikacyjnego”? Ja proponuję od razu opaski i stachanowską rywalizację. 200% normy, 500…

Czy wiecie, co w slangu uniwersyteckim oznacza „osoba dobrze publikuje”? Nie, że mądrze. Że ma dużo punktów. Oj nie wiem, czy w takiej rywalizacji sam prof. Gliński by nie poległ w starciu z młodymi janczarami i janczarkami neoliberalizmu.

Zresztą problemem samym w sobie staje się agresja owych janczarów i janczarek wobec „źle publikujących”. Żeby nie było, mimo wieloletniej zapaści chorobowej wypadę całkiem nieźle, „nadrobiłem”. Ale dłubanie jednej książki latami… Co z tego, że może się okazać przełomowa. Ale „źle publikuje” i „nie rokuje”. Stachanowcy górą!

Ja wiem, wszyscy dostajemy w beret i zaczynamy posępnie wieszczyć koniec wszystkiego (co dobre). Ale sami i same przyznacie, że jest o czym myśleć.

Dlatego w chwilach szczególnego napływu złych myśli zapraszam na niedzielne spotkanie mojej Wspólnota Unitarian Uniwersalistów w Polsce. Chwila medytacji jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Acha – zapraszam wszystkich bez względu na religię, wyznanie czy ateizm. Bo to taka specyficzna trochę nie-religia. 🙂 Jakiem nie-teista praktykujący zazen.