Politycy i polityczki wszystkich partii ciężko pracują na trzecią kadencję PiS

Niewiele razy w życiu zdażyło mi się zgodzić z prof. Henrykiem Domańskim, mamy obaj zupełnie odmienną wizję na temat tego, jak powinna wyglądać socjologia w XXI wieku. Ale tym razem nie mogę się nie zgodzić. W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” prof. Domański stwierdza:

W tej chwili nie ma żadnej alternatywy dla PiS. Jedyną skuteczną alternatywą byłoby, gdyby zamiast Donalda Tuska pojawił się jakiś nowy, młody lider Platformy Obywatelskiej. Nie musiałby nic obiecywać.

Rzeczpospolita, 17 lutego 2022

Wcześniej prof. Domański burzy kolejne złudzenia: PiS-owi nie zaszkodzi żadna afera, Tusk nie jest żadną alternatywą, a koalicja czy tym bardziej „blok demokratyczny” nie powstanie, bo ani Lewicy, ani Polsce2050 nie zależy na byciu przystawką.

Zgadzam się z tą diagnozą. PiS może się pokonać tylko sam. Kaczyński ciężko nad tym pracuje, ale jak dotychczas każda afera, najczęściej sprowokowana jakimś wygłupem „bliskiego otoczenia” Prezesa, spływa po PiS jak woda po, no tak, kaczce.

Afera Pegasusa: wszystko wskazuje na to, że PiS wygrał wybory parlamentarne, a zapewne także prezydenckie stosując nielegalne podsłuchy m.in. podsłuchując szefa sztabu wyborczego PO. Porównania do afery Watergate są całkowicie słuszne: to niewyobrażalny skandal w państwie demokratycznym, który powinien zmieść PiS ze sceny politycznej. A towarzyszyć temu winny wielotysięczne demonstracje oszukanego społeczeństwa.

Afera z „Polskim Ładem”: owszem, ludzie są wściekli, ale… co poza gadaniem? Gdzie protesty ludzi, którym obniżono pensję, którzy musieli zamknąć swoją firmę, którzy nie potrafią zrozumieć, na jakich zasadach mają pracować?

Orzeczenie TSUE uznające zasadę „pieniądze za praworządność” za zgodną z unijnym prawem oznacza, wobec chorego uporu Ziobry, że Polska traci możliwość udziału w „drugim planie Marshalla”. A to już będzie niosło skutki na kolejne pokolenia, skutkować będzie spowolnieniem rozwoju gospodarczego Polski albo nawet regresem. Zepchnie to nasz kraj z pozycji kraju półperyferyjnego z aspiracjami do centrum na pozycję peryferii, które eksportują nie technologie, a siłę roboczą. Tu liczyłbym na strajk powszechny co najmniej, bo to gigantyczna katastrofa o trudnych do przewidzenia konsekwencjach w przyszłym geopolitycznym położeniu Polski.

Tymczasem cisza. Taka, jaka nastała po pseudoorzeczeniu Trybunału Przyłębskiej o niemal całkowitym zakazie aborcji. Zgodnie z przewidywaniami zakaz oznaczał tragedię wielu kobiet łącznie ze śmiercią na szpitalnym łożku w oczekiwaniu na to, aż sama biologia uczyni aborcję „zgodną z przepisami”. Tymczasem po zakazie zaległa cisza, skoczyły się wielkie demonstracje… Dlaczego?

Sądzę, że z powodu frustracji obywatelek, których milionowy w skali kraju protest nie zrobił najmniejszego wrażenia na Prezesie. Przeciwnie, najprawdopodobniej właśnie te protesty sprawiły, że się uparł. Kto nie zgadza się z Kaczyńskim, ten jest wrogiem. A z wrogami się walczy, a nie negocjuje. Nie oznacza to absolutnie, że uważam te demonstracje za niepotrzebne, przeciwnie. Chcę tylko pokazać, że mamy do czynienia z przypadkiem klinicznym. Przecież, jak ujawniono, chciał wysłać wojsko na demonstracje środowisk kobiecych. Nic zaś tak nie zraża do demonstrowania jak nieskuteczność demonstracji.

Choć to straszne, wydaje się, jakby osoby mieszkające w Polsce najzwyczajniej w świecie pogodziły się z tym, że katastrofa goni aferę, a afera depcze po piętach dyletanctwu. Albo, co gorsza, ludzie wcześniej niż dziennikarki_rze zrozumieli, że nie żyjemy już w demokracji, tylko znów w państwie autorytarnym, w którym demonstracje się rozpędza, rządzącym wolno wszystko, a społeczeństwo przestawia się w tryb „przetrwać”.

Aby przełamać tę inercję, potrzebne jest rozbudzenie nadziei, pokazanie rzeczywistej alternatywy odrodzenia i poukładania polskich spraw znów w ramach państwa demokratycznego, państwa prawa, ale tym razem pochylającego się także nad obywatelką_em nie radzącym sobie tak dobrze, jak inni, w chronicznie rodzącym kryzysy kapitalizmie. Nie radzącym sobie z powodu dziedziczenia ubóstwa, choroby, należenia do kategorii dyskryminowanej, braku perspektyw w „małej ojczyźnie” czy z innych powodów.

Kto ma być alternatywą? Ta i tylko ta siła polityczna, która będzie w stanie wyłonić silnego lidera lub silną literkę, a ona czy on będą umieli znów rozpalić serca ludzi, bo tak działa polityka. A serca te może rozpalić tylko prosty, ale konkretny przekaz, kilka odważnych i radykalnych, jak na dotychczasowe polskie standardy, haseł kreślących fundamenty odnawiania Polski po PiS.

Tego nie potrafi Tusk, bo on uważa, że wystarczy głosić, że nie jest PiSem, czyli trwać w POPiSowej naparzance, że Polsce potrzeba powrotu do roku 2007 czy 2011, ponieważ to Tusk jest rozwiązaniem dla Polski. Nie nowa wizja, nowa polityka, tylko Tusk opromieniony chwałą i sławą. KO miała znakomity moment, by przejąć rząd dusz. Po przegranych o włos i prawdopodobnie w nieuczciwy sposób wyborach prezydenckich będący na szczycie popularności Trzaskowski powinien natychmiast zostać przewodniczącym Koalicji, organizującym obóz demokratyczny. Jestem przekonany, że współpracy z takim partnerem nie obawiałaby się ani lewica, ani ugrupowanie Hołowni.

Tymczasem „starzy wyjadacze” w KO przestraszyli się, że ich partia pójdzie w lewo, za nią cała koalicja, zatem wezwali starego, dobrego Tuska (także dlatego, że z PO zniknęli wszyscy, którzy Tuska nie uwielbiali) i wyszło, jak wyszło. Jedynym osiągnięciem Tuska okazało się odebranie głosów Szymonowi Hołowni, natomiast nie wypracował ani jednego dodanego punktu procentowego wzrostu poparcia dla ugrupowań demokratycznych jako całości.

Sam Hołownia mógł zapewne zastąpić PO, był bowiem jej młodszą, atrakcyjniejszą, przede wszystkim dynamiczniejszą wersją. Natomiast inteligencja konserwatywna, która wobec klęski poparcia dla PO przerzuciła swoje głosy na Hołownię, witając powracającego całego na biało Tuska pospieszyła do matecznika. W obecnej sytuacji Hołownia niespecjalnie jest już alternatywą i chyba nie ma za bardzo pomysłu na siebie.

Lewica. Moja lewica, a to co bliskie, bardziej boli w przypadku kłopotów. Lewica ma trzy problemy: problem przywództwa, problem komunikacji ze społeczeństwem i pochodny wobec problemu przywództwa kłopot z narastającym wewnętrznym chaosem.

Sytuacja na lewicy wygląda ze wszech miar osobliwie. Klub Parlamentarny Lewicy tworzą teoretycznie dwa, a praktycznie trzy ugrupowania (proces „zrastania się” dawnego SLD i dawnej Wiosny wobec całkowitego oporu tzw. aktywu jest raczej iluzją). Razem funkcjonuje sobie na swoich zasadach, wciąż odmawiając wykorzystania sprawnego zaplecza merytorycznego w niezbędnej z punktu widzenia marketingu politycznego w dzisiejsze Polsce strukturze organizacyjnej. Nowa Lewica nie jest odbierana jako szczególnie nowa, skoro na jej czele stoi Włodzimierz Czarzasty w teoretycznym (i osobliwym) „parytecie” z Robertem Biedroniem. Teoretycznym dlatego, że Biedroń po dramatycznej przegranej w wyborach prezydenckich właściwie zniknął w Parlamencie Europejskim. Dziś muszę przyznać, że nie doceniałem tego, jak społecznie zostanie odebrane jego niedotrzymanie słowa w sprawie euromandatu. Tak czy owak nie ma go, co wykorzystał Tusk wybrzydzając na „lewicę Czarzastego”. W dodatku przewodniczącym klubu został Krzysztof Gawkowski, także z SLD, znany z gorącego popierania pani Ogórek jako kandydatki SLD w wyborach prezydenckich. Sam zaś Czarzasty ma specyficzny sposób bycia, dość emocjonalny, ale niespecjalnie merytoryczny. Do tego w wyniku awantury w byłym SLD dokonało się momentami ekscentryczne przejście kilku osób do Koła Parlamentarnego PPS. Wszystko to sprawia wrażenie chaosu i niestety przyćmiewa ciężką pracę wielu posłów i posłanek.

Tu znaczenie ma właściwie szczególny „zapis” na lewicę w czołowych „mediach opozycyjnych”. O lewicy pisze się lub mówi w ostateczności, zazwyczaj kończąc komentarzem kogoś z KO i uszczypliwym podsumowaniem dziennikarza. Wiele ważnych inicjatyw czy działań lewicowych nie przedostaje się do opinii publicznej. Niestety partie nie potrafią od czasu wyborów „obejść” tej blokady. Tu wracamy do punktu pierwszego: kłopot z przywództwem. A przecież możliwy jest przywódczy triumwirat Agnieszki Dziemianowicz-Bąk, Marceliny Zawiszy i Krzysztofa Śmiszka. Na przykład. Znakomicie merytorycznie przygotowane osoby, pełne pasji i energii z pewnością zdołaliby się przebić przez POPiSowy dwumonolog. Tymczasem chaos trwa… Mocne przywództwo, poza wszystkim, jest przecież dla wyborczyń i wyborców kluczową gwarancją dotrzymania obietnic wyborczych, ale też szansą na odzyskanie sterowności po lewej, jedynej lewej stronie dzisiejszej sceny politycznej.

Cóż. Obawiam się, że trzeciej kadencji PiS Polska nie wytrzyma i ziszczą się scenariusze dziś jeszcze niewyobrażalne. Jest jeszcze czas się pozbierać.